środa, 26 marca 2014

Nie daliśmy się Dinozaurom!

Cezary Szwarc
Jednak nie tankujemy? Cleveland Cavaliers we wspaniałym stylu wywalczyli zwycięstwo nad dużo wyżej klasyfikowanymi Toronto Raptors. Jest to druga z rzędu wygrana i kolejny mecz, w którym ekipa bez swojego lidera pokazuje zupełnie nowy charakter. W wygranym 102:100 spotkaniu przeciwko Dinozaurom z Toronto kilku Kawalerzystów zagrało bardzo dobre indywidualne zawody, ale na końcowy sukces zapracował tak naprawdę cały waleczny kolektyw.

Po obejrzeniu pierwszej kwarty meczu napisałem na twitterze: "Jeśli Cavs grają szybko, to grają dobrze. Jeśli grają atak pozycyjny to jest piach, bo Brown dalej nie wymyślił im żadnego systemu (offensywnego)." I wiecie co? Tylko częściowo miałem rację (to i tak dobrze). CC miażdżyli Raptors szybkimi atakami wyprowadzanymi po twardej obronie pod koszem, zbiórkach i wyjściu do kontry nawet trzema rozgrywającymi - Waitersem, Jackiem i Dellavedovą.

Dzięki temu po pierwszej połowie prowadzili 59:45, a my mięliśmy już za sobą kilka "ochów" i "achów" po wsadach i blokach naszych ulubieńców. Ba, były nawet crossovery, choć nie było Irvinga. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy Luol Deng ograł jednego z rywali! Tamten nie upadł na parkiet, ale tak się zdziwił po tym, co zobaczył, że dochodził do siebie jeszcze przez dwie kolejne akcje.

Wszystko załamywało się, kiedy tempo zwalniało, a Cavs ponownie przechodzili do swojego ataku "Mam piłkę, to coś spróbuję, może nawet jakiś pick&roll. Później ktoś inny spróbuje...". Zero pomysłu, dno i dwa metry mułu, ale Mike Brown jakby przeczytał mój wpis, bo właśnie w drugiej połowie przestał on w pełni pokrywać się z prawdą. Majki w jakiś cudowny sposób zachęcił zawodników do ciekawych trójkowych zagrań "podaj i biegnij", które kilka razy kończyły się ścięciem pod kosz przez środek lub z linii końcowej - po zasłonie od trzeciego gracza. Były też ciekawe dwójkowe rozwiązania po autach (poza tymi w ostatnich minutach, kiedy CC nie mogli wybić piłki...), jednak w czwartej kwarcie okazało się, że Toronto da radę nas dogonić, bo przy tym wszystkim... nad nie potrafimy dbać o piłkę.

Straciliśmy 14 piłek przy 7 stratach gości. Raptors odrobili ponad 20-punktową stratę i wyszli na prowadzenie. Na szczęście w ostatnich minutach byli zupełnie "zamrożeni" za łukiem, a zespołowe akcje Winno-Złotych przynosiły punktowe rezultaty. Szczęśliwie drużyna dowiozła zwycięstwo do końcowej syreny, jednak wpędziła tym samym kibiców w konsternację "O co w końcu walczymy - playoffy, czy draft?!".

Najlepszy mecz zagrał Luol Deng, choć wielu wybrałoby Waitersa. Ex-Bull grał jednak równo, wszechstronnie i cały czas mądrze, notując 19 oczek, 6 zbiórek i 7 asyst, kiedy Dion zaliczał efektowne punkty po grze jeden na jednego i ciekawe podania, aby na początku czwartej kwarty zmarnować kilka ważnych posiadań  - źle wyselekcjonowane rzuty. Mimo to, na swoim koncie uzbierał 24 punkty, 3 zbiórki i 7 asyst. Tristan Thompson skompletował double-double 15 oczek, 13 zbiórek i był dzisiaj najszybszym podkoszowym na boisku. Spencer Hawes i Anderson Varejao zanotowali niezłe wyniki - pierwszy miał 11 oczek i 7 zbiórek, drugi dał drużynie tyle samo punktów z 8 zbiórkami.

Jarrett Jack był kapitanem (13 punktów, 5 zbiórek, 5 asyst), a Matthew Dellavedova był... kapitalny (4 zbiórki, 5 asyst i dawka energii, którą na boisko wnoszą w lidze wnoszą tylko Anderson Varejao i Joakim Noah). Alonzo Gee bronił, dobrze bronił.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza