środa, 18 grudnia 2013

Lillard nie do zatrzymania - świetny, przegrany, mecz Cavs

Cezary Szwarc
Kawalerzyści grają jak do tej pory nierówno i bardzo dobre występy przeplatają z gorszymi. Zazwyczaj, kiedy mecz układa się po ich myśli, wygrywają, jednak nie dziś. Przeciwko najlepszej drużynie ligi, Cavaliers zaprezentowali się ze świetnej strony, jednak nie wystarczyło to, aby powstrzymać Damiana Lillarda. Zadziorny młodzieniec bezlitośnie "zabił" Cavs trójką na 0.4 sekundy przed końcem spotkania. Był to jego drugi game-winner w back-to-back'u, a jego team zwyciężył 119:116.

Mówi się, że jeśli oglądając w telewizji czarny charakter, którego rzeczywiście zaczynami nienawidzić, to oznacza, że aktor dobrze wykreował tę postać i jest mistrzem swojego fachu. Miałem tak chociażby z tym młodym "królem" z Gry o Tron. Nienawidzę skurczybyka tak bardzo, że aż szanuję go za to, jak bardzo przekonał mnie swoją grą do tego, że jest złamasem. Podobnie jest u mnie z koszykówką. Jeśli ktoś katuje moją drużynę, tak jak zrobił to dzisiaj Lillard i to jeszcze z takim swaggerem, to mam ochotę zostać jego największym hejterem. Koniec końców dochodzę jednak do wniosku, że ten młodziak, ma unikatowy talent i takie mecze, trzeba zapamiętać, żeby później opowiadać "był taki gość, Damian miał na imię, a cojones miał większe od Eddie'ego House'a"

Cleveland Cavaliers grali dziś z Trail Blazers jak równy, z równym, a jest przecież spora różnica między najlepszym zespołem ligi, a słabymi średniakami ze wschodu...


Kyrie Irving prowadził zespół, czasami nieco zakozłowując się, ale zdobywając 25 oczek i 10 asyst. W końcówce na własną rękę zaczął gonić Blazers, którzy uciekli, po serii punktowej zakończonej trójką Lillarda z ośmiu metrów. Zanotował wtedy 9 punktów z rzędu dla Cavs. W przedostatniej akcji wykorzystał skupienie wszystkich graczy z Oregonu na swojej osobie i odegrał do Varejao, który ustalił wynik na remis po 116.


Jak to bywało w najważniejszych momentach tego starcia, Mike Brown na Lillarda wypuszczał wściekłego psa defensywy CC - Alonzo Gee. Ten sprawdzał się świetnie, ale w ostatniej akcji trochę zaspał. Nie wyprostował ręki, aby kontestować rzut, stał za daleko niepotrzebnie bojąc się wjazdu Damiana pod kosz (było na to już za mało czasu) i skończyło się to game-winnerem rozgrywającego PTB. Kyrie rzucał jeszcze na 0.4 sekundy przed końcem z okolic połowy boiska, ale w świętego Mikołaja to my już nie wierzymy - oczywiście spudłował.


W pierwszej piątce pewnych siebie Blazers przećwiczyli jeszcze nieco Andrew Bynum i Tristan Thompson, którzy zanotowali odpowiednio po 13 i 15 punktów z 9 i 7 zbiórkami. Na wyróżnienie zasłużyła też ławka rezerwowych z Dionem Waitersem na czele - 25 oczek, 3 zbiórki i 5 asyst (11/19 z gry). Tuzin punktów dorzucił Jarrett Jack (+5 zbiórek i 4 asysty).


Po samym stylu rozgrywania ostatnich spotkań można dojść do wniosku, że Kawaleria jednak porusza się do przodu, a efektem może być chociażby twarda walka z najsilniejszymi drużynami ligi. Myślę, że pod koniec grudnia Cavs będą już w ósemce wschodu, a ich gra będzie wyglądała coraz lepiej.


Cytat dnia:


"Lillard jest bardzo dobrym zawodnikiem. Trafił kilka rzutów z daleka, parę razy wjechał pod kosz mijając naszych, jak stojaki. Trudno bronić gracza, który może ograć Ciebie na tyle sposobów, ile w zanadrzu ma Damian. Możesz co najwyżej wybrać w jaki sposób zaryzykujesz, że Ciebie ogra." - Mike Brown.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza