poniedziałek, 27 stycznia 2014

„Mat po swojemu”, czyli zwolnić Mike’a Browna!


Mateusz Jakubiak
To miał być przełomowy sezon dla Cleveland Cavaliers. Po latach posuchy mieli się zakwalifikować do playoffs i zagrać tam przynajmniej jedną rundę. To i tak byłoby dużo dla głodnej sukcesów publiki w Cleveland. Po to ściągnięto nowych graczy i starego-nowego trenera – Mike’a Browna. Póki co kibice w Ohio przeżywają wielkie rozczarowanie i zdarza się, że wygwizdują swoich ulubieńców. Tego we wcześniejszych, mimo wszystko słabszych, latach nie było.

Możemy obwiniać o to wszystko zawodników. To oni coraz częściej się kompromitują, chociażby podczas ostatniego spotkania z Suns, kiedy to w trzeciej kwarcie zdobyli 6 (!!!) punktów. Tym wyczynem pozwolili przeciwnikom w nieco ponad pół kwarty odrobić 18 oczek straty. Ich skuteczność 2/22 w rzutach z gry w tej „ćwiartce” mówi sama za siebie. Mecz z zespołem z Phoenix był jednym z najbardziej frustrujących w tym sezonie.

Zrzucanie winy tylko na graczy byłoby jednak nie na miejscu. Przecież ktoś ich prowadzi, ktoś organizuje treningi i (w teorii przynajmniej) ma jakiś pomysł na grę. Tym ktoś jest trener. Ale czy te wymogi spełnia Mike Brown? Nie wydaje mi się. Oto 5 powodów dla których Mike powinien jak najszybciej zostać zwolniony z Cavs:

1. Zespół jest nieprzewidywalny.

Mike Brown nie potrafi zaszczepić w drużynie jakiegokolwiek stylu. Drużyna raz wygrywa, a raz nie. Jest to chyba najbardziej nieprzewidywalny team w całej lidze. Dowody? Niedawny wyjazd na Zachód. Najpierw świetny mecz z Jazz, później kompromitacja z Kings. Następnie wizyta w Staples Center i męki z drugim składem Lakers. W kolejnym spotkaniu CC przegrali z Blazers, ale pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. Na koniec wizyta w Denver i zwycięstwo po zaciętej końcówce – nie doszłoby do niej, gdyby Cavs nie roztrwonili przewagi w głupi sposób.

Teraz za to mamy serię meczów u siebie. Na cztery pojedynki wygrali jedno (z najsłabszymi w lidze Bucks!). Wcześniej przegrali z Dallas (ponad 20 pkt straty do przerwy, później szalony pościg) oraz z Bulls, którzy grali bez Derrick’a Rose’a, Carlosa Boozer’a i Kirka Hinrich’a. O meczu z Suns nie ma co wspominać.

W wyżej przypomnianych meczach i w większości pozostałych drużyna z Cleveland nie miała jakiegoś specjalnego pomysłu na grę. Kawalerzyści wychodzą na boisko z przekonaniem, że „jakoś to będzie”. Będą się trafiać takie mecze jak ostatni z Bucks, Jazz lub 76ers – radosne dla drużyny i kibiców. Ale też będą takie jak z Kings, Pistons lub Timberwolves. Za brak charakteru drużyny odpowiada trener, warto aby Dan Gilbert o tym pomyślał. Nie zawsze Kyrie Irving, C.J. Miles czy Dion Waiters będą mieli „swój dzień”.

2. Sytuacje na styku/kryzysowe.

Brownowi nie przeszkadza filozofia gry „jakoś to będzie”. A nawet jeśli byłoby inaczej, to i tak nic by z tym nie zrobił. Jak pisałem w punkcie powyżej, w przypadku spokojnych wygranych Cavs Brown nie musi reagować, gra jakoś się toczy.

Częściej jednak mamy nerwowe końcówki (np. z Mavs czy Pacers). Wtedy sytuacja pokazuje jak ważny jest trener z koncepcją. Sytuacje z tych dwóch meczów pokazują bezsilność coacha Cavaliers. W meczu z najlepszą w lidze Indianą nasz team miał szansę na doprowadzenie do remisu. Wtedy Mike Brown wziął jeden czas i zaraz po nim drugi. Przez to jego zawodnicy nie mieli już możliwości brania „timeoutów”. I co się stało? CC nie mogli wznowić gry, w końcu piłka powędrowała do Earl’a Clarka. Ten jednak nadepnął na linię boczną i Wine&Gold stracili piłkę. Mecz zakończył się wygraną Pacers 82-78.

Podczas spotkania z Mavs Kawaleria odrobiła wielką stratę. Miała szansę nawet wyjść na zwycięstwo. Tym razem po raz kolejny dał o sobie znać geniusz Mike’a Browna. Tak rozrysował akcję, że Jarrett Jack popełnił błąd pięciu sekund, ponieważ nie miał komu podać piłki. Przerw Cleveland również już nie posiadali.

Te sytuacje oraz mnóstwo innych pokazują, że Mike Brown kompletnie nie ma pomysłu na pomoc Cavaliers w trudnych momentach spotkań. Chociażby wczoraj w trzeciej kwarcie meczu z Suns. Cavs szybko tracili przewagę, Brown brał przerwy, ale nic z tego nie wynikało. Jak się skończyło – każdy wie. CC potrzebują trenera z pomysłem, z doświadczeniem w zaciętych końcówkach spotkań. Bez tego nie mają czego szukać w playoffs.

3. Defensywa. A właściwie jej brak.

Mike Brown od zawsze był znany jako spec od obrony. Po to też wrócił do Cleveland. Cavs za czasów Byrona Scotta grali w defensywie katastrofalnie. Stary-nowy trener miał nauczyć drużynę bronić, miała to być przepustka do playoffs.

Jednak, póki co, Kawalerzyści grają katastrofalnie w obronie. Wielu z nich w ogóle sobie nie radzi. I nie mówię tu wyłącznie o zawodnikach pokroju Anthony’ego Bennetta. Jednym z najgorzej broniących jest niestety Kyrie Irving. Często rozgrywający przeciwnika notują wysokie liczby w meczach z Cleveland Cavaliers. Mam tu na myśli np. Damiana Lillard’a, Isiah’a Thomasa czy Gorana Dragicia.

W zasadzie do trzech zawodników w obronie nie można mieć pretensji. Są to Anderson Varejao, Tristan Thompson i Matthew Dellavedova. Reszta odstaje, zdarzają im się pojedyncze mecze na plus w obronie.

Brown nigdy nie miał pomysłu na grę w ataku. W czasie swojej pierwszej pracy w Cleveland jego ofensywną koncepcją było „piłka do LeBrona Jamesa” i jakoś to pójdzie. W Lakers LBJ-a zastąpił Kobe Bryant. Teraz kimś takim jest najczęściej Kyrie Irving. To niesamowite, że w NBA jest coach, który nie ma pojęcia o ataku. Niemoc Cavs w obronie jeszcze bardziej frustruje kibiców. Miał być ulepszony chociaż jeden element. Nie udało się.

4. Niezrozumiała rotacja.

Dla sportowca uprawiającego jakąkolwiek grę zespołową ważnym jest wiedzieć na czym się stoi. Wtedy można budować swój żelazny pierwszy skład, a gracze rozumieją się coraz lepiej. Tworzy to chemię w drużynie i hierarchię, która coraz bardziej umacniana, staje się nie do ruszenia.

Mike Brown rozpoczyna mecz tą samą piątką. Za to mały plusik. Chodzi mi jednak o jego decyzje dotyczące rezerwowych. Tak naprawdę żaden z nich nie może być pewien tego, ile minut spędzi na parkiecie. Przykładem chorej rotacji Browna jest nr 1 draftu Anthony Bennett. Na początku sezonu często wchodził na boisko, później mniej. Ostatnio prawie w ogóle nie wchodzi do gry. Nie jest to dobre dla tego chłopaka. Nie dość, że gra fatalnie, to dodatkowo nie czuje wsparcia trenera. A ten się miota pomiędzy wysłaniem A.B. do D-League i wpuszczeniem go na parkiety NBA.

Kolejnym jest Matthew Dellavedova. Australijczyk przebojem wszedł do drużyny, pokazał wielki charakter i ambicję, nie boi się nikogo w lidze. Poza tym dysponuje dobrym rzutem z dystansu. Brown długo na niego stawiał, wystawił go nawet w wyjściowej piątce. W ostatnim czasie Matthew został jednak „odstawiony na boczny tor”. Gra ogony kwart, wczoraj zagrał przez… 25 sekund. To bardzo mało w porównaniu z wcześniejszymi rywalizacjami.

Można jeszcze mówić o upartym stawianiu na coraz bardziej irytującego Earl’a Clarka. Na początku sezonu często grał Alonzo Gee, teraz rzadko kiedy podnosi się z ławki i zdejmuje dres. Na Tylera Zeller’a Brown praktycznie w ogóle nie stawiał. Dopiero w wyniku afery z Andrew Bynum'em wysoki center mógł pokazać swoje niezłe możliwości.

Te wszystkie decyzje szkoleniowca nie pomagają zgraniu się zespołu i wprowadzają niepotrzebne zamieszanie.

5. Autorytet wśród zawodników.

Byron Scott nie miał wyników. Trudno co prawda, żeby je miał z taką ekipą. Jednak posiadał coś innego. Autorytet u swoich podopiecznych. Miał jasne zasady i starał się je wdrożyć. Można się spierać z jakim skutkiem, ale przynajmniej próbował.

Brown nie ma ani zasad, ani autorytetu. Zawodnicy często grają „radosną koszykówkę” i bezsensownie marnują posiadania. Ma oczywiście na to wpływ też to, co opisałem w punkcie nr 2.

Trzeba do tego jeszcze dodać konflikty w szatni nad którymi nie potrafi zapanować. Najpierw plotka o bójce Waiters’a z Thompsonem. Później sytuacja z Andrew Bynumem . Trener powinien w takich sytuacjach dokładnie nakreślić zespołowi zasady kontaktów z mediami i zachowania na parkiecie. Brown tego nie zrobił, media dodatkowo podkręciły temperaturę. Tamte problemy ucichły, ale jeśli nadal Mike Brown będzie tak panował nad drużyną, to możemy się spodziewać kolejnych sensacji.

Przypomina mi się jedna sytuacja, gdy w tym sezonie Mike zmotywował team do lepszej gry. Było to 14 grudnia podczas wyjazdu do Miami. Cavs nie grali zbyt dobrze. W pewnym momencie Brown tak się zirytował decyzją sędziów, że został wyrzucony z ławki. Wtedy CC ruszyli i byli blisko niespodzianki. Czy było to jednak spowodowane energią wyzwoloną przez trenera czy po prostu lepiej koszykarzom grało się bez pierwszego coacha na ławce – nie mi oceniać.

Wydaje mi się, że Cavaliers potrzebny jest nowy szkoleniowiec. Z pomysłem, pasją i charakterem. Mike Brown nie nadaje się na pierwszego trenera zespołu NBA. Stanowisko asystenta to maksimum jego możliwości. Można mieć tylko nadzieję, że Dan Gilbert zastanowi się nad wyglądem zespołu i umiejętnościami Mike’a Browna. To może tylko pomóc jego ukochanej drużynie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza